flag

Nasz pobyt na filipińskich wyspach dobiegł końca. Poniżej mapka z naszą trasą – moja droga…. miejscami asfaltowa 😉

Niestety nasze zdolności lingwistyczne okazują się dość mizerne – przez 2 miesiące nauczyliśmy się tylko kilku podstawowych słów i zwrotów. Może powodem tego jest fakt, że nawet w zabitej bambusowymi palami wiosce ludzie znają podstawowe słówka po angielsku.

dzień dobry – Magándang umaga

dziękuje – Salamat

do widzenia – Paalam

na zdrowie – Mabuhay

Całą trasę zrobiliśmy drogą lądowo – morską a każdy odcinek to niezła przygoda :). Choćby pierwszy nasz wypad za miasto, z Manili do Banaue. Trasę ok. 60 km robimy przez całą noc. W autobusach jest zawsze zimno – jak nie klima to nawiewy. Nie chcielibyście czasami w upalne lato żeby spadł śnieg? Filipińczycy tak mają – kochają chłód, bo nigdy go nie ma. Skutkuje to tym, że po 5 minutach jazdy wszyscy opatulają się w koce i zaczynają pociągać nosami :). Trudy i znoje podróży „umila” nam biletmistrz, który wskazuje miejsca, sprzedaje bilety, pilnuje kto gdzie wsiada i wysiada. Według niego jazda z niezagospodarowanym kawałkiem przestrzeni nie wchodzi w grę. Nie może być pustych przelotów, dlatego autobusy są napchane do granic możliwości. Dlatego gdy nie ma wolnych miejsc szefu wyciąga plastikowe krzesełka i stawia je jedno za drugim jak na poniższym obrazku.

stan normalny – zbyt wiele wolnych

Stan po małym lifcie – po wniesieniu plastików

Kiedy o 4 rano nasz autobus dosłownie pada jak koniki w Zakopane, bileter z kierowcą zamieniają się w mechaników. Wątpimy, że to naprawią, ale jednak przy pomocy młotka i śrubokręta po godzinnej walce wszystko im się udaje i ruszamy w dalszą drogę :).

Oczywiście będąc na Filipinach obowiązkowa jest jazda jeepneyem – są tanie głośne i są wszędzie :). Kiedy wsiadasz, podajesz pieniądze osobie obok i tak z ręki do ręki trafiają one do kierowcy, który patrząc w lusterko sprawdza stan osobowy i oddaje resztę w ten sam sposób.

Filipińczycy to naprawdę mega pozytywny naród – cały czas chodzą uśmiechnięci, banan na twarzy 24h :).

Musicie wiedzieć, że kraj ten do najbogatszych nie należy wiec nie stan materialny jest wyznacznikiem szczęścia. Jeśli czegoś jako Polacy możemy nauczyć się od Filipińczyków to na pewno tego, jak z uśmiechem iść przez życie.

Kwintesencją filipińskiej radości są dzieci, wiec jeśli prawdą jest że dzieci są przyszłością narodu to czeka ich piękna, radosna future :).

Już wiemy skąd pochodzi przysłowie, że „szczęśliwi czasu nie liczą” – na pewno z Filipin :). Powoli … nikt tu się nie spieszy, nikt nie umawia się na konkretna godzinę. Czas jest rzeczą względna i zegarki służą bardziej jako biżuteria. Bardzo dobrze zobrazował to Dali, tworząc obraz Persistence of Memory, który powinien nazywać się „Filipino Time” :).

Teraz powinniśmy coś zaśpiewać … dlatego, że Filipiny to jedno wielkie karaoke :).

Wszyscy wszędzie śpiewają. W najmniejszej wiosce, w najbardziej rozpadającym się domku, bez szyb w oknach, muszą być olbrzymie głośniki i subbuffer – nie ważne, że jest środek nocy, ranek czy pora obiadowa, ważne żeby bas był podkręcony do oporu :). Poza swoimi szlagierami bardzo lubią amerykańską muzykę pop, rock oraz wszystkie rzewne kawałki o miłości. Gwoli ścisłości, oni naprawdę mają talent do śpiewania i siedząc w autobusie, barze czy idąc ulica zawsze miło posłuchać jak sobie podśpiewują.

Z muzycznych aspektów nie można zapomnieć o pianiu kogutów :). Na Filipinach dźwięk ten towarzyszy nam dosłownie wszędzie – na lądzie, wodzie i w powietrzu, o każdej porze dnia i nocy. To budzik natury, który każe nam grzecznie wstawać codziennie w okolicach godziny 4 – 5 rano. Nie …nie można nie wstać …wyobraźcie sobie chór 200 kogutów na raz :).

Wielu Filipińczyków podróżuje ze swoimi „pociechami” wiec nie dziwi nas dźwięczne kukuryku wydobywające się gdzieś spod nóg, z kartonu :).

Duża część z tych kogutów to fighterzy. Walki kogutów to prawie religia w tym kraju. Są one krwawe, głośne, emocjonalne i stoją za tym duże pieniądze. Filipińczycy lubią hazard, stawiają duże sumy i potrafią nawet zastawić i przegrać własne domy…

Więcej informacji znajdziecie na naszym blogu, we wcześniejszym wpisie o Bantayanie. Niestety YT zablokował nasz filmik, gdyż jeden kogutek po przegranej bitwie wyglądał nieciekawie i nadawał się tylko na rosół… 🙁

A teraz możemy się pomodlić. Oczywiście śpiewająco ! 🙂 Filipiny to w większości kraj katolicki i ich „wydanie” bardzo nam odpowiada. Msze są bardzo radosne, kościoły przystrojone a ludzie wydają się szczerzy w swojej wierze. Modlitwa przed jedzeniem w Polsce jest czymś wstydliwym a tutaj normalna rzecz, nawet w McDonaldzie.

W naszym kraju miejsce Jezusa Chrystusa jest na krzyżu, tutaj jest niemal celebrytą bądź superbohaterem a jego wizerunek zdobi jeepneye oraz ściany budynków.

Hasła „I love Jesus” nikogo tu nie dziwią i nie znaczy że ludzie słuchają radia Maryja…

Odnośnie filipińskiej kuchni itp. to spodziewaliśmy się mnóstwa tropikalnych owoców w bardzo niskich cenach … niestety (może w związku z pora roku, która przypadła na czas naszego pobytu) poza kokosami i bananami to nie bardzo. Generalnie gastronomicznie to takie trzy na szynach :). Zapewne ze względów ekonomicznych, każdy posiłek w „knajpie” składa się z góry ryżu i maluteńkich dodatków, w postaci mięsa i warzyw.

Główne danie o nazwie chicken Adobo to skóra i kości kurczaka podane z ryżem i sosem. Zazwyczaj zamawialiśmy po dwie porcje na osobę :). Przyznajemy się także do popełnienia gastronomicznego grzechu i obżeraniu się w Jollibee (taki filipiński KFC), po paru nieudanych przygodach z streetfoodem :).

A może jak nie kurczak to wieprzowinka ?? Tylko dla fanów słoninki – nawet szaszłyki to kawałki tłuszczu ze skórą (ahh te świńskie włoski) :).

Raz przypadkowo zamówiliśmy naprawdę dobrą wątróbkę…

Jedyne co spowodowało, że nie umarliśmy z głodu to seafood. Można znaleźć tanie i dobre ryby i inne owoce morza.

Po obiadku nie może zabraknąć deseru. Halo halo to nasz mistrz :). Nie raz zamawialiśmy te śmieszne makarony z galaretkami, z jakimiś owocami, fasolą i kruszonym lodem – na upał najlepsze.

Może właśnie powyższe powody pchnęły nas do samodzielnego gotowania :).

Oto kilka potraw, które nie raz przygotowywaliśmy sami i bardzo nam smakowały.

Przepis na zieloną papaję:

Ten przepis dostajemy od Alvina z wyspy Siquijor, a w wykonaniu pomaga nam Lorna. W Polsce raczej tego dania nie przygotujecie, ze względu na niedostępność składników, ale gdybyście byli w Azji … Smakuje wyśmienicie, niczym kurczak z ziemniakami, jak mówi Alvin –zajebioza 🙂

Składniki:

  • średnia zielona papaja (zerwana za darmo z drzewa)
  • 2 duże cebule
  • 1 czosnek
  • kawałek imbiru
  • 3 papryczki chili
  • sos sojowy
  • pieprz
  • 1 szklanka wody
  • kokos (gratis, prosto z palmy) – opcjonalnie

Sposób przygotowania:

Papaję obieramy i kroimy w kostkę. To samo robimy z cebulą, czosnkiem i chili. Na patelnię, najlepiej woka, dajemy 2 łyżki oleju i podsmażamy cebulę na złoty kolor. Dodajemy czosnek i po chwili starty imbir i chili. Po minucie smażenia wlewamy wodę kokosową i trochę miąższu z kokosa. Następnie wrzucamy papaję. Wszystkie warzywa mieszamy i dodajemy 3 – 4 łyżki sosu sojowego. Dusimy na wolnym ogniu pod przykryciem 30 min, aż papaja będzie miękka.

Papaja to nasz nr 1, gdyż jest super zdrowa i tania (zazwyczaj na darmo, gdyż na Filipinach rośnie dosłownie wszędzie) :). Zieloną używamy jako warzywo a dojrzałą (pomarańczową) jemy prawie codziennie jako owoc. Co ciekawe jest owocem zasadowym i odkwasza organizm. W celach zdrowotnych warto przygotować sobie wywar z młodych liści papai, który działa przeciwnowotworowo i stymulujący na układ odpornościowy.

Przepis na wywar z liści papai

Składniki:

  • młode liście papai (raczej więcej gdyż po zaparzeniu się kurczą)
  • woda

Sposób przygotowania:

Zrywamy kilka średniej wielkości liści z drzewa papai i opłukujemy je pod wodą z kurzu i brudu. Następnie wkładamy je do garnka lub innego naczynia i zalewamy 2 litrami wody. Liście gotujemy i dusimy do momentu aż woda zredukuje się do połowy. Powstały płyn przelewamy do butelki (najlepiej ciemnej, ze szkła) i wstawiamy do lodówki. Pijemy codziennie rano, na czczo ok 1 łyżeczkę, ale nie dłużej niż przez 4 dni.

Kolejne dane to bakłażan – także bardzo popularny na Filipinach

Przepis na bakłażana z jajkiem czyli egg plant

Składniki:

  • bakłażany
  • jajka

Sposób przygotowania:

Bakłażana gotujemy i gdy będzie miękki ściągamy z niego skórkę. Następnie przekrajamy wzdłuż na dwie połowy i maczamy w jajku doprawionym pieprzem i solą. Smażymy z dwóch stron na złocisty kolor.

Przepis na kwiat bananowca

Banana heart, o którym wspominał nam Grochu z wyspy Bantayan. Samodzielnie zdobyliśmy kilka kwiatów bananowca, co zostało okupione niespieralnymi plamami na naszych ubraniach, ale jak mówi klasyk nie bój się plamy na swetrze :).

Składniki:

  • 2 kwiaty bananowca
  • mleczko kokosowe
  • 1 cebula
  • 4 ząbki czosnku
  • sok z limonki
  • oliwa
  • kurkuma
  • pieprz
  • sól

Sposób przygotowania:

Kwiat bananowca obieramy z czerwonych liści aż zostanie nam jasny środek. Pozbywamy się żółtych pręcików (z nich w przyszłości urosną banany i po odpowiednim oczyszczeniu również nadają się do jedzenia). Następnie kwiat kroimy w kostkę i wrzucamy do miski z wodą i wyciśniętym sokiem z limonki, żeby nie zrobił się ciemny. W garnku gotujemy wodę i wrzucamy do niej pokrojony kwiat, szczyptę soli, pieprz i pół łyżeczki kurkumy. Gotujemy do miękkości. Cebulę z czosnkiem również kroimy w kostkę i podsmażamy na patelni. Dorzucamy odsączone wcześniej kwiaty i smażymy jeszcze przez 3-4 minuty. Dodajemy 2-3 łyżki mleka kokosowego i po 2 minutach danie gotowe. Podajemy oczywiście z ryżem.

Człowiek nie wielbłąd i pić musi.

Oprócz upałów, Filipiny przypominają Jamajkę, ze względu na rum. Piją go nie tylko piraci :). Zapewne ze względu na cenę jest bardzo popularny. Z opcji drinkowych króluje to Cuba Libre ponieważ Coca – Cola jest tańsza od wody, limonek tez nie brakuje. Co ciekawe – jeśli nie chcemy płacić kaucji za butelki, normalną rzeczą jest przelanie kolki do plastikowej torebki + słomka i gotowe :).

Może kawy? Kawa na filipinach równa się 3w1. W sklepie ciężko znaleźć normalna kawę i w większości knajpek również dostaniemy rozpuszczalny ulepek.

Aaa i jeszcze jedno … gdybyście potrzebowali skorzystać z toalety to szukajcie Restroom, CR lub Comfort Room – piękna nazwa, choć zazwyczaj te miejsca dalekie są od strefy komfortu :).

Kończąc przygodę z tym krajem trzeba napisać, że było warto. Kraj piękny i ludzie też. Wszystko takie naturalne, proste i przyjazne. Dla nas niekomercyjny charakter, brak wielkich inwestycji i opinia kraju słabo rozwiniętego to plusy. Najważniejsze tutaj to przyroda – jeszcze nie skażona, nie zadeptana i wciąż w wielu miejscach dzika, ciężko dostępna oraz ludzie – szczęśliwi, przyjaźni i zawsze uśmiechnięci.

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

Przy pobycie do 30 dni nie potrzeba wizy

Powyżej 30 dni możemy wyrobić wizę na 59 dni w Ambasadzie w Warszawie

Cena: 90 zł

Potrzebne dokumenty:

-paszport, ważny przynajmniej 6 miesięcy od daty wjazdu na Filipiny,
– kopia strony paszportu ze zdjęciem
– 2 x zdjęcie paszportowe,
– 1 wypełniony formularz 

(nie musi być poświadczony notarialnie)

Adres:

ul. Stanisława Lentza 11 Warszawa

Tel.  22 490 20 25

strona www ambasady

http://warsawpe.dfa.gov.ph/index.php/visa

E-mail pe.warsaw@gmail.com

warsaw.pe@dfa.gov.ph

Godziny otwarcia:

od poniedziałku do piątku 9-17 (oprócz świąt polskich i filipińskich)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *